Podczas mojej wizyty na
cmentarzysku starych samochodów
miałem przyjemność poznać posiadacza zabytkowego Maserati. Od niego dowiedziałem się o cyklicznej imprezie odbywającej się w małym miasteczku Altbueron w okolicy Lucerny. Postanowiłem przybyć aby kibicować czerwonemu bolidowi z trójzębem i przy okazji upolować aparatem co ciekawsze pojazdy.
Aby tego dokonać wstałem w niedzielę o godzinie siódmej i udałem się w dwugodzinną podróż do oddalonego o 90km od Zurychu Altbueron. Podróż trwała tak długo, ponieważ miejscowość ta jest niedużą wioską, do której dostać się można tylko własnym samochodem lub autobusem pocztowym. Po trzech przesiadkach udało mi się dotrzeć na miejsce.
Ilość old- i youngtimerów na parkingach i w ruchu wiejskim upewniło mnie, że trafiłem do celu.
Podczas gdy podekscytowany, pstrykając zdjęcia na prawo i lewo, starałem się domyśleć, w którą stronę powinienem się udać, do mych uszu dobiegł donośny dźwięk pozbawionych tłumików silników. Udałem się w kierunku skąd dobiegał hałas i wkrótce zobaczyłem co było jego powodem.
Na start toczyły się formułki, prychając i strzelając silnikami nieprzystosowanymi do niskich obrotów. Mimo niepoważnego wyglądu, często niezdolne o własnych siłach przetoczyć się 20 metrów, na próbie górskiej pokazywały na co je stać. Nieprawdopobne przyspieszenia, których wrażenie potęgował nieprawdopobny łoskot pracujących na pełnych obrotach jednostek napędowych, zamieniały uśmiech politowania na pełen zdziwienia podziw.
Zaraz za nimi wytoczyły się naleśniki, czyli większe formuły z lat 70 -80. Niektóre brzydkie jak noc...
Inne pocieszne:
Jednak niezmiennie bardzo szybkie.
Nie brakowało również bardziej poważnych wyścigówek.
Wszystkie uliczki w pobliżu próby sprawnościowej służyły za paddock. Wszędzie dookoła stały perełki motoryzacji, auta rzadkie, często wręcz unikatowe. Znalazło się na przykład Porsche 356 z pierwszej serii, z aluminiowym nadwoziem klepanym "na kolanie" przez Ferdynanda i jego kumpli w jakiejś alpejskiej stodole.
Dużo było aut przedwojennych w rozmiarach od S do XXL.
Oraz cała masa samochodów bardziej lub mniej popularnych, na widok których każdemu miłośnikowi motoryzacji serce zaczyna bić przyspieszonym rytmem.
Odnalazłem również dowody na szpiegostwo przemysłowe państw Europy Zachodniej. Aż dziw, jak wiele krajów próbowało skopiować (nieudolnie!) poczciwego Zaporożca!
Wielu pojazdów nawet nie byłem w stanie nazwać.
Wozem serwisowym jednej z ekip był prześliczny prosiaczek.
Spotkałem również poznanego tydzień temu właściciela Maserati, który niezadowolony kręcił głową. Auto miało problemy z silnikiem i nie jechało tak jak powinno. Jednak prezentowało się wyśmienicie, a ja miałem okazję wykazać się znajomością mechaniki pojazdowaj pomagając je uruchomić. Oczywiście "na pych" :).
Po emocjach w paddocku nadszedł czas na obserwowanie startów. Wstęp na tereny położone obok ulicy, na której wytyczona została trasa kosztował 10CHF. Biorąc pod uwagę, że niewiele było widać to dosyć dużo. Ogrodzenia zostały wyznaczone stanowczo za daleko od trasy i nawet zoom w aparacie niewiele pomógł przy robieniu zdjęć. Trzeba by się zaopatrzyć w porządny sprzęt a nie tanią głupawkę. Z tego powodu wylazłem poza ogrodzenie i zrobiłem kilka zdjęć, zanim zostałem przegoniony.
Gdy nadszedł czas startów samochodów z błękitnym owalem musiałem już wrócić do strefy wyznaczonej dla kibiców. Zrobiłek kilka zdjęć Fordów w akcji i po ich przejeździe wróciłem do strefy serwisowej aby je odszukać.
Najstarszym ścigającym się fordem był Ford T.
Cortina, Escorty i Capri zachowane były w stanie idealnym i naprawdę dawały sobie radę ze stromymi podjazdami.
Dzień był strasznie upalny a znalezienie wolnego zacienionego miejsca graniczyło z cudem. Dlatego po około sześciu godzinach zdecydowałem się na powrót mimo, że impreza wciąż trwała w najlepsze. Auta pomimo często podeszłego wieku pokonywały szwajcarskie pagórki od rana do wieczora. Zaskoczyła mnie bardzo mała liczba awarii bo pomimo, że rajd mógł sprawiać momentami wrażenie rekreacyjnej przejażdżki to wielu zawodników wyciskało ze swych maszyn ostatnie poty. Dowody na to, że to poważne wyścigi trafiały się co jakiś czas: a to jeden z Kadettów wykręcił na zakręcie bączka, to znowu jeden z motocyklistów zgubił wózkowego na tym samym łuku.
Idąc już w kierunku przystanku natknąłem się na kolejne modele Fordów.
Kiedy już czekałem na autobus auta zaczęły rozjeżdżać się do domów. I to bynajmniej nie na lawetach! Większość o własnych siłach pomknęła po publicznych drogach, żegnając widzów szerokimi bokami, dymem z opon i swądem spalonej gumy.
PS. Więcej zdjęć znajdziecie tutaj
autor: Młody