04-05.07.2009 Gryźliny, czyłi dziesiąty raz blisko Ameryki
Położone w województwie olsztyńskim Gryźliny już od dekady są miejscem spotkań miłośników tylnionapędowych europejskich Fordów. Na terenie dawnego lotniska, w malowniczym otoczeniu mazurskich lasów i w bedzpośredniej bliskości jeziora, corocznie odbywa się sabat pod patronatem Capri.PL. Od czasu ukonstytuowania się Stowarzyszenia spotkania te pełnią rolę dorocznego Walnego Zgromadzenia członków.
Miejsce zlotu z pewnością doceni zagorzały miłośnik przyrody, któremu nieobce są podstawy surwiwalu. Zaplecze sanitarne jest zerowe, stąd podczas spaceru po lesie łatwo natknąć się na papierzaka a zabiegi higieniczne trzeba ograniczyć do minimum a najlepiej przełożyć na później. Nie jest to zatem zlot dla jednostek ceniących komfort i zdobycze cywilizacji w rodzaju bieżącej wody bądź kanalizacji.
Nękane przeciwnościami losu wFe niestety nie wystawiło zbyt licznej reprezentacji. W blisko 500 kilometrową trasę potoczył się tylko Karawan a i to do końca stało pod znakiem zapytania.
Pierwsze powody do niepokoju pojawiły się w piatek około południa. Próba wybudzenia Granady ze snu skończyła się niepowodzeniem: akumulator umarł. Szybki telefon do Milo i tenże obiecuje wieczorem stawić się Transitem i pożyczyć prądu. Na wszelki wypadek, gdyby okazało się, że pożyczka nie wystarczy ma przywieźć klucze do wymontowania akumulatora.
Akumulator jest rozładowany kompletnie, po podpięciu szelek rozrusznik nawet nie zakręcił. Zatem pozostaje plan B: wyjęcie akumulatora i całonocne ładowanie. W tym momencie okazuje się, że Milo nie wziął kluczy. Po dłuższej walce przy pomocy kombinerek udaje się wyjąć baterię. Jest godzina 22:00, do wyjazdu pozostaje 8 godzin; wystarczająco dużo aby podładować akumulator.
O szóstej z minutami akumulator wraca pod maskę Karawanu i silnik ochoczo zaskakuje. Piękny basowy dźwięk widlastej szóstki z nieszczelnym układem wydechowym wprawia w drżenie szyby mijanych budynków. Jeszcze tylko tankowanie i... Znów brak prądu! Całonocne ładowanie wystarczyło na dwukrotne zakręcenie rozrusznikiem. Nadchodzi chwila zwątpienia, czy jest sens pchać się w taką trasę niesprawnym autem? Pewnie, że tak!
Krótka rozmowa z kierowcą dostawczaka i po chwili podpinamy się do akumulatora Renault Kangoo. Silnik ponownie ożywa i ruszamy w trasę z dwugodzinnym opóźnieniem.
Po 220 kilometrach jazdy trzeba ponownie zatankować. Jest nadzieja, że ponad trzygodzinna jazda wyszła na dobre produktowi firmy Centra. Niestety, stare porzekadło: "nadzieja matką głupich" pasuje jak ulał do naszej sytuacji. Znów zaczepiamy jakiegoś dobrego człowieka, znów kable i maska w górę. Po chwili jedziemy dalej. Przy okazji dokręcam klemy dopatrując się w nich przyczyny braku ładowania akumulatora.
Po około 150km słyszymy metaliczny trzask i czujemy uderzenie w tylnej części nadwozia, następnie daje się słyszeć brzęk ciągniętego po asfalcie metalu. To wydech postanowił zdezerterować. Musimy się zatrzymać aby pozbierać części i urwać to, co samo się do końca nie urwało. Po chwili znów pędzimy na północ.
Nidzica, godzina 3pm. Kolejne 200 kilometrów i kolejne tankowanie. Do celu pozostało tylko 40km. Jak to mawiają, do trzech razy sztuka. Auto już nie chce odpalić na kablach a podłączenie naszego akumulatora skutkuje ślizganiem się paska w aucie dawcy. Pozostaje liczyć na kolegów, którzy już dotarli na miejsce. W tym celu wykonuję krótki telefon do Myszy. Ten mimo najszczerszych chęci nie może wyruszyć z odsieczą z powodu wprowadzenia do krwioobiegu substancji zaburzającej koordynację ruchów i postrzeganie świata. Jednak staje na wysokości zadania i znajduje trzeźwego kierowcę. W tle słyszę tylko westchnienie Szooguna, który przed sekundą dojechał: "No to się k... napiłem piwa!"
Capri Shooguna ma problem z temperaturą więc bierze swój akumulator i pędzi z odsieczą na złamanie karku Granadą Myszy. Po godzinie odbieram telefon:
"Tu pojazd ratunkowy nr 1. Skończyło się paliwo. Czekam na pojazd ratunkowy nr 2, który zholuje pojazd nr 1".
Cóż, nikt nie mówił, że będzie łatwo. Czekamy zatem kolejną godzinę. O 17 nadciąga upragniony ratunek: Szoogun w kombii Myszy i Jac z Ponurakiem w ślicznym sedanie. Przekładka akumulatora i ruszamy na lotnisko.
Na lotnisku impreza w najlepsze, piwo, kobiety i śpiew. Tradycyjnie silne ekipy z Trójmiasta, Warszawy, Płocka. Ktoś śmiga gokartem po płycie lotniska, ktoś katuje auto.
Po trudach podróży pragniemy prysznica jak kania dżdżu. W tym celu udajemy się do pobliskiego ośrodka wczasowego i dzięki uprzejmości właściciela popartej dziesięciozłotowym banknotem możemy zmyć z siebie kurz i pot.
Następnie wracamy na miejsce zlotu. Dowiadujemy się, że Trójkąt jadący gokartem miał bliskie spotkanie z Granadą i wylądował w szpitalu. Na szczęście za kilka godzin wraca. Poobijany ale w jednym kawałku, skończyło się na strachu.
Miłą niespodzianką jest catering w postaci hotdogów serwowanych przez Szyję.
Wieczór upływa pod znakiem używek i dobrej zabawy, jednak zmęczenie szybko nas dopada i zaszywamy się w śpiworach w Karawanie. Wesołe śpiewy jeszcze długo rozbrzmiewają pośród letniej nocy.
Rano czas na śniadanie, udaje nam się załapać na herbatę i grilla (dzięki dla ekipy warszawskiej!). Następnie pakujemy się Myszy do Granady i jedziemy zażyć kąpieli w jeziorze. Wkrótce nadciągają innni i brzeg jeziora jest zdominowany przez naszą ekipę.
Po jakimś czasie nadchodzi czas powrotów. My wybieramy się do PieMa do Bydgoszczy, w związku z tym wyruszamy razem z jadącym do Poznania Anderem, który ma nas ratować w razie problemów. PieM twierdzi, że do Bydgoszczy mamy jakieś 130-150 km, więc zapalamy auto i ruszamy licząc, że obejdzie się bez tankowania.
Jeszcze tylko zdjęcie na pożegnanie z Ameryką i pędzimy na zachód. Pogoda nas nie rozpieszcza ale humory dopisują.
Po 150km widzimy znak Bydgoszcz 70. W sumie wychodzi ponad 200km, co w połączeniu z 50km przejechany wcześniej sprawia, że do PieMa docieramy praktycznie na oparach. Tuż przed Bydgoszczą Ander przekazuje nas PieMowi i żegnany przez nas wylewnie rusza trasą polecaną przez PieMa.
Po trzech godzinach dzwonimy z pytaniem, czy już dotarł i dowiadujemy się, że trafił na roboty drogowe na dużej części trasy i "szybka" wg PieMa trasa umożliwia jazdę z prędkością 70km/h.
Korzystamy ochoczo z propozycji PieMa abyśmy spędzili u niego noc. Jako, że biedaczysko musiał uczyć się do egzaminu wyskakujemy na miasto celem konsumpcji kolacji. Karawan ponownie nie chce zapalić więc znów korzystamy z uprzejmości PieMa i wyruszamy na lans po Bydgoszczy Mruczusiem. Po kilkuset kilometrach za kierownicą Granady Capri prowadzi się tak jakoś... inaczej. Szybko jednak przypominam sobie urok tego pojazdu i z wielką frajdą zauważam, że PieMowe 2.3 jest bardzo żwawe. Po kolacji wracamy do domu naszego dobroczyńcy i po drodze kupujemy piwa. Pomysł, jak się okazało, bardzo dobry, jedynie liczba zakupionych napojów niewystarczająca. Na szczęście, gdy już opróżniliśmy to co zostało zakupione PieM wygrzebał jakieś żelazne zapasy na czarną godzinę. Wieczór szybko mijał przy wesołych i inteligentnych rozmowach. Rano niestety miałem trudności z ich odtworzeniem, a wielka szkoda bo poruszaliśmy ważne dla przyszłości galaktyki sprawy.
Następnego dnia rano wyruszyliśmy z PKP w dalszą drogę. Karawan pozostał w Bydgoszczy i pozostaje nam nadzieja, że będzie go można odebrać przed Euro 2012.
autor: młody_wFe