01-03.05.2008 Spring Open 2008
Tegoroczny wyjazd wFe na Spring Open zapowiadał się dość nieciekawie. Nawet najwięksi optymiści nie mogli marzyć o powtórzeniu sukcesu sprzed roku, kiedy to z Wrocławia wyruszyło w kolumnie siedem klimatycznych Fordów, zaś w Konarzynach dołączyła ósma załoga w Scorpio. Sytuacja przedstawiała się wręcz tragicznie, gdyż na kilka dni przed imprezą tylko Milo i Neon byli pewni swojego udziału. Pięciu innych chętnych: Tazzman, Bogdan, Tachu, Remon i piszący te słowa Młody borykało się z finansowymi i technicznymi przeszkodami. W czwartek wiedziałem już, że jeśli pojadę, to wyłącznie w charakterze pasażera, w związku z czym rozpocząłem poszukiwania transportu. Telefon do Tazzmana i smutna wiadomość: Krzysiek nie jedzie. Bogdan i Tachu już wcześniej zdawali się odpuścić, zatem kolejny telefon: do Remona. Remon odbiera w Granadzie, zatem wszystko wydaje się ok. Niestety, niewesołym głosem oznajmia, że ma kłopoty z regulacją auta i prawdopodobnie z wyjazdu nici. Nie mija pół godziny od zakończenia rozmowy, gdy dzwoni telefon: udało się, Grandzia jeździ, choć obroty nie spadają poniżej 1500 a spod korka oleju wydobywa się dym. Zatem jedziemy kombi Remona, Neon wybiera się swoim Dziobakiem a Milo Carlą. Niestety w piątkowy poranek umawiamy się na dwa auta, gdyż Milo zdecydował się na wyjazd już w czwartek.
Pobudka przed godziną czwartą, aby dołączyć około szóstej do PCK w Poznaniu. Szybkie szorowanie zębów, ostatnie sprawdzenie bagaży i Remon już czeka pod klatką. Po chwili pędzimy przez zaspane ulice Wrocławia po Neona i Pati. Remon w międzyczasie przekazuje nam radosną nowinę: Tazzman z Gosią zdecydowali, że jadą! Jesteśmy z nimi umówieni przy wylocie z Wrocławia. Jeszcze tylko kilka chwil w oczekiwaniu na Patrycję… i jeszcze kilka… i jeszcze… Jest! Z małym poślizgiem ruszamy w kierunku Poznania, zabierając po drodze Tazzmana, który zdążył się trochę zniecierpliwić.
W Blondynie Remona Basiek szybko zasypia na tylnim siedzeniu, ja zaś zabawiam kierowcę inteligentną rozmową, zabawnymi anegdotami i śpiewem. Właściciel wehikułu jest odrobinę zestresowany stanem technicznym pojazdu, jednak już po kilkunastu kilometrach wie, jak hamować, by nie wypaść ze swego pasa i jak kręcić kierownicą, aby skutecznie manewrować. Niemniej bierzemy pod uwagę możliwość, że w pewnym momencie skończymy na lince za Neonem lub Tazzmanem.
Tempo nie jest imponujące, prędkość około 90 km/h gwarantuje niskie spalanie i niewielkie prawdopodobieństwo awarii zmęczonego życiem silnika. Stąd godzinne opóźnienie w Poznaniu: zamiast na 6 jesteśmy w stolicy Pyrlandii po 7. Oczywiście ekipa PCK zmęczona oczekiwaniem wyruszyła wcześniej (zapewne około 6:05). Przy użyciu osobistych komunikatorów, korzystających z sieci nadajników opartych na technologii GSM uzyskujemy połączenie z Hrabią, który przekazuje nam namiary na nowy punkt zborny: Bar Kaszanka- Przysmak Biznesmena za Piłą. Znając Hrabiego nie jesteśmy zaskoczeni. Tankowanie, herbata i w drogę. Przedtem jednak delikatny tuning gazowni Remona- 20 l/100 km to zdecydowanie za dużo przy takiej jeździe.
Za Poznaniem zaczyna się szaleńczy pościg za ekipą PCK: wskazówki prędkościomierzy momentami pokazują nawet wartości trzycyfrowe (cyferblaty oczywiście wyskalowane są w kilometrach)! Dojeżdżając do Piły upewniamy się co do miejsca spotkania i zamiast Kaszanki PCK „odwala kaszanę”, żeby posłużyć się slangiem subkultury gimnazjalnej. Znów zniecierpliwieni pojechali dalej, ale w Podgajach obiecują czekać na 100%. I faktycznie, na stacji w Podgajach spotykamy czwerwone Capri Coke’a. Reszta PCK pojechała w czwartek, zaś Hrabia i Medy bezwstydnie przyjechali plastikami. Po drodze jeszcze mija nas Hervol jadący do Dulmen swoim czarnym batmobilem.
Ruszamy już większą kolumną i szybko okazuje się, dlaczego nie mogliśmy dogonić poznaniaków. Prędkość naszej wesołej gromadki nie spada poniżej 130 km/h, co okazuje się niebezpieczne dla Remonowego 2,6. Musimy zatem zwolnić, widząc to zwalnia Neon i Tazzman i szybko tracimy kontakt wzrokowy z PCK. Na domiar złego Neon sygnalizuje awarię Dzioba i musimy się zatrzymać. Maska w górę i konsylium z mądrymi minami deliberuje nad możliwymi przyczynami. W związku z brakiem konkretnych pomysłów zapada decyzja o dalszej jeździe mimo nieprzyjemnych dźwięków, jakie wydobywają się spod maski Taunusa.
Dojeżdżamy tak do Człuchowa, niestety kilka kilometrów dalej Tazzman musi się zabawić w holownik: Neon ląduje na lince. Jest to dosyć duże zaskoczenie, gdyż dopieszczony Dziobak miał być najpewniejszym autem naszej wyprawy.
W takiej konfiguracji dojeżdżamy na lotnisko, gdzie w najlepsze trwają gry i zabawy towarzyskie. Zaczynają się powitania, tradycyjne oglądanie zgromadzonych pojazdów i rozprostowywanie kości. Już po chwili ci co mogą dzierżą w dłoni otwarte piwo, zaś Neon szuka przyczyny awarii a w międzyczasie zabawia się z Arkiem_3M. Okazało się, że świeca rozsypała się w drobny mak i autko turlało się na trzech garach, mieląc w cylindrze resztki ceramiki. W końcu udało się uruchomić Dzioba i pojawiła się nadzieja, że wróci o własnych siłach do Wrocławia. W międzyczasie Tazzman popsuł Granadę i też walczył o przywrócenie jej sprawności. Na szczęście i ta usterka okazała się niegroźną.
Tymczasem na pasie w najlepsze trwały zawody: wyścig na 200m i Puchar Hoovera. Wrocław reprezentował jedynie Milo, jednak zrobił to godnie: trzecie miejsce w Pucharze mimo uszkodzonej skrzyni biegów! Nie dość, że jeździ jak szataaaaaaaaaaan!, to jeszcze z oponą na ramieniu zapieprza jak gazela ;)!
W międzyczasie tuż obok Granady Remona zaparkował piękny Golf po optycznym tjuningu. Załoga tego wehikułu była mocno nietrzeźwa, ale za to nadrabiali niskim ilorazem inteligencji. Najpierw zademonstrowali, jak usiąść na przedniej szybie aby ją stłuc, potem popisali się sztuczką z wrzucaniem piwa przez szyberdach do wnętrza, na koniec zaś stwierdzili, że pokażą jak się jeździ Golfem wkoło, piszcząc oponami. Było to dosyć zabawne do momentu, gdy przy dużej prędkości nie wpadli w tłum, cudem tylko nikomu nie robiąc krzywdy. Reakcja organizatorów i widzów była natychmiastowa i tylko cudem skończyło się na jednej piąsze, zamiast ogólnego linczu. Panów poproszono o opuszczenie terenu prywatnego.
Czas szybko mijał i wkrótce trzeba było wyruszyć do Ośrodka L., do którego wiodła malownicza szutrowa przesieka. Remon na tej trasie pokazał pazur: uwierzył w możliwości swojego samochodu (chyba nawet za bardzo) i pędził na złamanie karku wzbijając tumany kurzu i uderzając co chwila wydechem o podłoże. Na miejscu zajęliśmy pokój i udaliśmy się na kolację. Zmęczenie dawało się we znaki; w końcu nasz dzień rozpoczął się przed wschodem słońca. Do tego trochę piwka i przed północą cała brygada się pospała, mimo wcześniejszego zamiaru intensywnej integracji.
Rano szybki prysznic i poszukiwania śniadania. W tym momencie okazało się, czemu tak długo czekaliśmy na Pati: jako jedyna zadbała o szklanki, czajnik, herbatę, kanapki… ech, długo by wymieniać. Jednym słowem zorganizowana dziewczyna była na medal, ale co to na bandę głodomorów? Szybko okazało się, że kanapek nie starczy aby wszyscy się najedli, zaś nie samą herbatą człowiek żyje. Podjęte przeze mnie desperackie próby znalezienia pokarmu zakończyły się pełnym sukcesem, mimo czarnego scenariusza nakreślonego przez Patrycję, która twierdziła, że trzeciego maja nic nie jest otwarte. Udało nam się zamówić pizzę, nakłonić pizzerię aby nam ją dostarczyła do ośrodka i, co najważniejsze, skonsumować ją ze smakiem! W bojowych nastrojach ruszyliśmy koło południa na lotnisko.
Tam już od jakiegoś czasu trwały przygotowania do slalomu. Tazzman ze swoją El Grande przydał się jako szlaban, pospołu z Arkiem_3M blokując drogę, którą usilnie próbowali wjechać na teren próby tubylcy, powodując zagrożenie. Remon przydał się ze swoją Blondyną jako salonik dla zmęczonych, zaś Neon przydał się do rozpalania i doglądania grilla. Ja zaś przydałem się Kohasiowi jako pilot.
Jako, że nie miałem swojego auta władowałem się Kohasiowi z piwskiem na fotel pasażera i wyruszyliśmy sobie podriftować. Radości było co niemiara, bo Kohasiowe 2,9 całkiem rześko zamiata caprikowym tyłem, mimo solidnego dociążenia w postaci Wroobla. Lecimy więc sobie bokiem, kontra, lecimy drugim bokiem, kontra, kontra, kontra i…lecimy bokiem po trawie. W pewnym momencie Caprik opiera się oponą o kępę trawy i auto niebezpiecznie się przechyla sprawiając wrażenie, że zatrzyma się na dachu. Przez chwilę mamy śmierć w oczach a Kohaś już w myślach liczy koszty blacharki. Jednak Żółwik grzecznie opada na cztery koła a ja nawet nie rozlewam trzymanego w ręce piwa. Jedyne straty to rozszczelniona opona, z której uchodzi powietrze.
Powoli nadszedł moment pamiątkowych zdjęć i wręczenia pucharów. Zwycięzcy się cieszyli, publika biła brawo, a pokonani robili dobrą minę do złej gry. W gronie zadoworonych był Arek_3M z Flakonem Hrabiego.
Stopniowo lotnisko zaczęło pustoszeć, część załóg wyruszyła w drogę powrotną, część wróciła na noc do ośrodka. Tazzman z Gosią po wypiciu herbaty w pokoju pojechali odwiedzić Gosi rodziców. My, czyli Remon, Neon, Pati, Basiek i ja, tym razem nie mieliśmy zamiaru odpuścić imprezy, w związku z czym wbiliśmy się na kwadrat do trzyemowców. Tam znajdowały się już niedobitki liil i wszystko wskazywało na to, że spędzają miło czas przy napojach alkoholowych. Jako zagorzali abstynenci z niesmakiem dołączyliśmy do towarzystwa. Już po chwili odwiedził nas właściciel ośrodka, wypytując, ilu ludzi jest zameldowanych w poszczególnych pokojach. Dość dziwna praktyka, zwykle to właściciel wie takie rzeczy, a nie goście. Pomogliśmy jak umieliśmy, widząc, że arytmetyka powyżej liczby 10 nie idzie biedakowi najlepiej. Sympatyczny, acz chyba niezbyt lotny Pan zapisał sobie informacje na karteczce… a następnie przysłał do naszego pokoju przezabawną paniusię, która swym bystrym umysłem miała rozgryźć nasze machloje. Po pierwszej salwie śmiechu, która ją przywitała usadziła wszystkich imponującą znajomością matematyki: bez zająknięcia policzyła do 13! Niestety, gorzej jej poszło z działaniem 6+5+4 i dobre wrażenie prysło niczym bańka mydlana. Żeby chociaż nadrabiała urodą…
Liczenie osób w pokojach stało się litemotivem imprezy, co chwila ktoś bezczelnie naigrawał się z braci mniejszych w rozumie. Przysłowiową kropką nad i było jednak pojawianie się trzeciej osoby liczącej, która po wtargnięciu do naszego pokoju gdy już szliśmy spać zagroziła, że nie wyjdzie dopóki nie powiemy ile osób jest w pokojach na tym piętrze. Jako że jasnowidztwo nie leży w naszych kompetencjach musieliśmy w mocnych żołnierskich słowach zażądać opuszczenia pokoju. Jednak dopiero po zwolnieniu z rozkazu liczenia przez wielkiego bossa ośrodka kobieta pozwoliła udać nam się na spoczynek.
W niedzielę zebraliśmy się dość sprawnie i po szybkim pożegnaniu wyruszyliśmy w kierunku Wrocławia. Milo z niewiadomych przyczyn wyjechał 15 min wcześniej, rzucając zdawkowe „my jedziemy”. Jechaliśmy więc dwoma autami: Remon dymiącą Granadą i Neon niedomagającym Taunusem. Po drodze kilkakrotnie spotykaliśmy Milo, który notorycznie się gubił. Przed Poznaniem pojechaliśmy przez Murowaną Goślinę aby ominąć korki i przy okazji Neon odwiedził w okolicy grób Dziadka. Za stolicą Wielkopolski dołączył Milo i pozostał z nami do samego Wrocławia.
Podróż powrotna upłynęła bez przygód i około 20 byliśmy wszyscy w domu. Wszyscy, z wyjątkiem Remona, który odstawił nas pod sam dom i musiał jeszcze z pół godziny wracać do siebie. Dzięki Remon!
Mamy nadzieję, że do przyszłego roku więcej wrocławskich Fordów zoistanie naprawionych niż się popsuje i na kolejnym SO będziemy najliczniej reprezontowanym miastem ;).
autor: młody_wFe