01-02.05.2009 Spring Open wg Milo
Spring Open a.d. 2009 było takie, jakie być powinno – nieoczekiwane i obfitujące w zaskakujące zwroty akcji.
Z Wrocka wyruszyliśmy z Elą sami. Liczyliśmy na konwój w poznaniakami ale niestety spóźniliśmy się. Na szczęście w Pyrlandii zastaliśmy Borię, który to pomógł nam w nawigacji i towarzyszył przez kilkadziesiąt kilometrów. Dogonienie peletonu nie było łatwe bo panował dość duży ruch. Dopiero tel. do CoKE’a sprawił, że na nas zaczekali i ostatni etap podróży pokonaliśmy tak, jak powinno być od początku – w konwoju, jadąc 90/h. Fordy to jednak auta stadne i najlepiej czują się w grupie.
Cały ten pośpiech nie był jednak konieczny, bo okazało się, że jest drobna obsuwa czasowa i wszyscy spokojnie zdążą dojechać. Około południa zaczęły się przygotowania i tu pierwsze zaskoczenie – nikogo nie trzeba było zachęcać do pomocy przy wyznaczaniu toru i ustawianiu opon. Po prostu był komunikat przez mikrofon i chłopaki same się ruszyły. To samo było drugiego dnia, gdzie było nawet kilka ekip – jedni turlali opony, inni wiązali taśmy a jeszcze inni sprzątali tor z kamieni, resztek gumy i drutów z opon. Dodatkowo nowością były koszulki różnych kolorów, co z założenia miało poprawić kontakt pomiędzy organizatorami, natomiast tak naprawdę sprawiło, że Hoover nie mógł się przed nikim ukryć. Kolor Kermita – żaby pozwalał na skuteczne namierzenie Go bez jakiegokolwiek problemu. Skutecznie uciekał tylko z kadru :)
Ponieważ wszystko odbywało się na totalnym chill-out’cie, tego dnia została rozegrana tylko jedna konkurencja – wyścig równoległy na 200m. Gdyby ktoś w tym momencie skrzywiłby się i zaczął mruczeć coś pod nosem, że szkoda, że słabo.. nie wiedziałby co mruczy. Widowisko było od początku do końca niesamowite. Już w pierwszym przejeździe dwa najstarsze Fordy zlotu podbiły wszystkim adrenalinkę. Gdyby była możliwość obstawiania tej gonitwy ... byłby to czysty hazard. I choć słowa Hoover’a, relacjonującego wyścig przez mikrofon, „i idą, i idą i idą..” były powtórzone chyba ze 20 razy to przez całe te 200m kierowcom towarzyszył zdecydowanie największy aplauz.
Niespodziankę sprawił również Miron, wygrywając z Matim. Zaowocowały chyba treningi w tegorocznej edycji Youngtimer Party. Złośliwcy szeptali, że Miron wygrał, bo odchudził auto ściągając rejestrację, ale ucinam plotki – rejestracja była za przednią szybą a Miron wygrał dzięki dodatkowym naklejkom w okolicach wydechu (to dodatkowe +5 KM na stronę – przyp. autora).
Potem było już tylko bardziej gorąco. Mnie osobiście podobał się mój konkurent, któremu napędziłem niezłego stracha, jednak doświadczony w wyścigach Ptasiek wygrał ze mną o włos, co dla mnie i tak stanowi powód do dumy :). To, co nie udało się mojej skromnej osobie, udało się Fuszowi i ku zaskoczeniu wszystkich zgromadzonych (i pewnie samego Ptaśka również) Fusz wygrał. Smaczku dodał fakt, iż przewaga Fusza na mecie była miażdżąca. Niespodzianką za to nie było wygranie konkurencji przez Dziobka. Zresztą, chłopak okazał się zdominować pudło, ale o tym mieliśmy dowiedzieliśmy się dopiero później.
Oszołomieni wyścigami i roszadą w klasyfikacji udaliśmy się na wieczorne ognisko na rokroczne integrowanie. Niestety nie wszyscy dotarli bez przeszkód – wieczorny przejazd przez piaszczysty odcinek w lesie będzie niezapomniany dla Mareckiego, który udowodnił, że Escort to jednak bezpieczne auto. W ten oto sposób, w historii zlotu zapisaliśmy przysłowiowy „dach”. Los jednak czuwał i mimo nierozsądnego zachowania nic się nikomu nie stało.
Na ognisku było jak zwykle - super. Gro przedstawicielek płci pięknej, które dotarło na SO pierwszy raz, zaliczyło po kolei wszystkie przyśpiewki, z Chryzantemami włącznie. Nie byłbym sobą, gdybym jednak nie wspomniał, że pomimo śpiewu Matiego i Słonia, Chryzantemy bez gitary Gryzia nie brzmią jednak tak samo..
Nieobecnych było więcej, niektórzy – jak Pająk – dotarli i mimo późnej pory nie żałowali. No i jak sam Pająk przyznał – wreszcie przyjechał nie spinając się i nie dla rywalizacji, ale dla pobycia z ludźmi.
W hotelu było wyjątkowo… dziwnie. Było spokojnie i cicho (porównując do poprzednich edycji) i chyba jest szansa, że właściciel ośrodka nie będzie patrzył na nas krzywym okiem w przyszłym roku. Frakcja 3M-u nie okupowała już korytarza, ale gdzieś się pochowała. Osobiście widziałem szalejącą jedynie Kasię. I do tej pory nie wiem po co chodziła po żerdziach naśladując naczelne, ale śmiechu było co nie miara.
Następnego dnia, nad ranem, zaskoczył mnie widok grupki gentlemanów siedzących na korytarzowych fotelach i uprawiających przedziwny sport, który chyba należy do tradycyjnych sportów w naszym kraju. Siedzieli w kółeczku, dmuchali w alkomat i podawali następnej osobie. Rozwalił mnie ten moment zabawy, kiedy Młody rzekomo popsuł zabawkę, która wskazała 0. Bobik zaraz przejął sprzęt i po dmuchnięciu weń skwitował „Jak nie działa..” pokazując godny wynik na poziomie 4 promili. Osobiście bardziej zaskoczony byłem widokiem Młodego o tak wczesnej porze, bo wcześniej musiałem go niejednokrotnie budzić telefonami żebyśmy o jakiejś rozsądnej porze dojechali na lotnisko. Widocznie właśnie trwała rozgrywka - kto ma prowadzić, żeby wszyscy dotarli bez problemów (co się chwali oczywiście).
Z tym dotarciem, jak się później okazało, nie wszyscy mieli tak łatwo. Podczas przejazdu przez piaszczysty odcinek w lesie nowa zabawka Słonia zakopała się i gdyby nie pomoc Piem’a i Jego brata to mogłoby być krucho. Niektórzy okraszyli to jedynie grymasem, na szczęście Ola za kierownicą świetnie dała sobie radę i po chwili konwój ruszył dalej.
Drugi dzień zlotu również obfitował w niespodzianki. W pierwszej kolejności rozegrano Puchar Hoover’a, która chyba przynosi najwięcej emocji ze wszystkich konkurencji i śmiało można powiedzieć, że jest najbardziej oczekiwanym elementem Spring Open.
Również tutaj było mnóstwo nieoczekiwanych zwrotów akcji. Miałem zresztą przyjemność przyczynić się do jednego, gdy wystawiono mnie w szranki z Makaronem. To, co wydarzyło się później było sporą niespodzianką zarówno dla widzów jak i dla samych zawodników. Dla widzów, bo chyba nie było jeszcze przypadku, żeby ktoś pomylił trasę (do tej pory zastanawiam się jak to się stało i o czym ja wtedy myślałem), a dla zawodników, bo Makarona niezbyt ucieszył fakt wygranej. Jak mi później napomknął – nie uśmiechało Mu się biegać z oponą raz jeszcze. Cóż, los bywa przewrotny i gdyby tylko wiedział, że będzie biegał jeszcze dwa razy… :)
Kolejnych emocji dostarczyła para Hoover – Ptasiek i powiem szczerze, że ten ostatni powinien dostać puchar za rozemocjonowanie widowni, bo nikt nie spodziewał się, że chcąc się zrewanżować po wczorajszym – przegra i tę konkurencję. W każdym razie walka odbyła się pełną gębą i było to świetne widowisko.
Poprzedniego dnia sam się zdziwiłem, że nie było żadnych awarii. No, może oprócz strajku jednego mostu. I dowiedzieliśmy się tego niejako przez przypadek. Zresztą do teraz utkwił mi ten tekst w pamięci: „Nie ważne od czego to most. I tak go zaadoptujemy. Pytanie tylko CZYJ jest ten most” – apelował ktoś przez mikrofon i wskazywał na nikomu nic niewadzący kawałek żelastwa koło hałdy piachu.
Dziś nie było już tak kolorowo. Najpierw Makaron unikając zderzenia zaliczył hałdę i pogiął znaczną część z przedniego zawieszenia, Stich’owi posłuszeństwa odmówił rozrusznik a potem Grandzia Treetopa rozwaliła poduchę silnika.
Jeśli chodzi o Stich’a to zgotował również doskonały spektakl. Podczas rywalizacji ze Słoniem startował bez rozrusznika. Ekipa wspomagająca, a może nawet zastępująca rozrusznik, starała się uruchomić Stranger’a tak szybko jak się da. Od startu na prowadzenie wysunął się jednak Słoń, który też dotarł jako pierwszy na metę, lecz przy całej swej gracji nie udało Mu się w porę opuścić pojazdu i Stich przybiegł z oponą jako pierwszy.
Wszystkie te przypadki udowodniły, że w Pucharze Hoover’a wszyscy mają równe szanse i można się niejednokrotnie zdziwić stawiając na „faworyta”. No i to wszystko zgotowało nam nie lada emocje.
Temat slalomu przemilczę, bo okazało się, że jestem prawdziwym killerem w przejeżdżaniu przez opony i chciałem te przejazdy usunąć w niepamięć jak najprędzej. Jednak był pewien godny odnotowania fakt, bowiem w połowie konkurencji na pas wjechała bryczka zaprzężona w prawdziwe koniki a woźnica dość zgrabnie omijał opony co dosłownie rozłożyło widownię na łopatki. No i jak ktoś trafnie zauważył – nie trzeba było wielu koni, żeby sprawnie pokonać slalom.
Niespodzianek tego zlotu było jeszcze więcej. Jedni się gubili (jak Młodzi i połowa frakcji PCK), inni odnajdywali (jak Granadziarz, który wyrósł niewiadomo skąd). Reszta była jak zwykle tańce, żarcie i konwersacje Wśród nas grasował też Night Rider, ale pomimo miny, był kompletnie niegroźny.
Warto jeszcze wspomnieć o małym przerywniku. Ktoś pozazdrościł dymu na płycie lotniska i zrobił dym poza torem. Akcja była szybka. Hoover ogłosił alarm przez mikrofon i po chwili w kilka osób gnaliśmy do pożaru. Siedem jednokilogramowych badziewi poszło się walić i gdyby nie Jac ze swoją dwukilogramową gaśnicą to mogłoby być naprawdę kiepsko. Jednak nasze eleganckie, zaplombowane i czyściutkie gaśnice nijak się miały do gaśnicy rocznik ’84. Stara ale jara. I co najważniejsze – działająca.
Był tylko jeden element, który był prawdziwym cierniem w przysłowiowej dupie i nie byłbym sobą, gdybym o tym nie wspomniał – Karol w swojej rozpadającej się Sierrce. W ogóle nie reagował na prośby o nie robienie przegazówek i nie jeżdżenie na pełnym gazie koło aut, ludzi i dzieci. Sierrka pozbawiona wydechu powodowała u ludzi chęć zlinczowania go i podejrzewam, że jeszcze godzina i tak by się to skończyło. Szkoda tylko, że nie respektował tego, że ludzie oprócz ścigania, przyjechali się tam zrelaksować i pogadać. Utrudniał i obrzydzał jedno i drugie. Modlitwy o dokończenie przez Sierrkę żywota nie zostały co prawda wysłuchane ale podejrzewam, że w przyszłym roku nie będzie się tak zachowywał.
Z ostatniej chwili:
- Gdyby ktoś był ciekaw kto najbardziej zanieczyszczał tor - odpowiadam: Proko. Wiem, bo po całym torze zbieraliśmy z Anderem druty z jego spalonych opon.
- Ptasiek niedyspozycję Focha tłumaczył kiepską przyczepnością opon, jednak Ci, którzy wiedzą co znajduje się w bagażniku Nosorożca wiedzą, że gdyby Fuszowi chciało się to wszystko wypakować – klasyfikacja nie zmieniła by się znacznie.
- Night Rider nie wyłożył się jak wszyscy obstawiali i tym samym na tym zlocie nikt nie zaliczył wypadku na pocket bike’u.
- Dla niezbyt uważnych – najmłodszy uczestnik zlotu, pociecha Węża , też miał swoją koszulkę zlotową robioną na specjalne zamówienie. Wprawne oko zauważy na fotkach nadruk.
- Do pożaru przyznał się Dredzioch, który jednak nie potrafił wytłumaczyć jak to się stało. W sumie to ma chłopak szczęście, bo moglibyśmy Mu wystawić rachunek :)
- Według zlotowiczów sędzią zlotu został Ptasiek, który po skończonych przejazdach przejął obowiązki sekundanta. Apogeum osiągnął, kiedy odmachał dwóch zawodników przestrzeliwujących linię mety kwitując to słowami: „Oba chooj!”
- Nikt się raczej nie przejął zniszczonym pucharem dla Karola. Co bardziej spostrzegawczy komentatorzy skwitowali ten fakt tak: „Jakie auto – taki puchar”.
- Tegorocznego minusa otrzymuje PCK za to, że się nie pożegnali i zniknęli nie wiadomo kiedy. No.. może oprócz Michała, bo dał mi się trochę pozachwycać swoim Caprikiem i był przy całej mojej upierdliwości bardzo wyrozumiały :)
- Nie, nie zabrakło palenia laka. Nie, nie zabrakło Granady na lewarku. Zabrakło buraków w Golfach i przepychanek z miejscowymi ale zlot zaliczamy do jak najbardziej udanych! Spotykamy się za rok!
autor: Milo